Bardzo chcę pisać. Bardzo, najbardziej chyba ze wszystkiego chcenia. W głowie przez cały dzień kotłują mi się miliony myśli, nie wszystkie wprawdzie rejestruję, ale niektóre wydają mi się na tyle ważne, że wieczorem planuję przeobrazić je w tekst. I na planowaniu się kończy, bo wieczorem właśnie opadam ze wszystkich sił, z całej chęci, motywacji i z wszystkich słów jakie przez kilkanaście godzin w głowie nazbierałam. To zresztą nie tylko kwestia wieczoru. Próbowałam już siadać do pisania w ciągu dnia, w wolnej chwili. Nic z tego. Jakaś wredna wstrętna blokada nie pozwala mi na przeniesienie wymyślonych już wcześniej, widzianych oczyma wyobraźni zdań przez klawiaturę na ekran komputera. Jakiś chochlik w mojej głowie kpi sobie z mojego wyobrażenia o sobie samej, zdeptuje zapał, ten żywy zapał do działania, do pisania, do tworzenia. Przy okazji zahacza o wiarę w siebie, czyli we mnie, o poczucie mojej wartości... te już dawno przegryzł, przeżuł, wypluł i zdeptując zakopał brudną stopą gdzieś głęboko i daleko. I tak z dnia na dzień od wielu miesięcy chcę, ale coś mi nie pozwala. Tak, wiem, sama sobie nie pozwalam. Na tyle jestem świadoma siebie, że wiem, że tylko i wyłącznie ja sama mogę pokonać w sobie siebie słabą, podatną na krytykę, na słowa, na zniechęcające spojrzenia i gesty. I tylko niechże mi ktoś wskaże, skąd wziąć siłę, która da mi kopa, tej słabej mnie, żeby kopnąć ta jeszcze słabszą mnie?
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.