Kiedyś przeczytałam, że kobieta żyje wspomnieniami, a mężczyzna ...
czymś tam innym, już nie pamiętam czym (ale z pewnością bez zabarwienia
romantycznego).
I codziennie utwierdzam się w tym smutnym przekonaniu, że tak właśnie
jest. Wspomnienia wracają każdego dnia, niezależnie od tego, czy chcę,
czy nie, w chwili nieuwagi mydlą mi spojrzenie i powodują, że powieki
stają się tonę cięższe, a piękna rzeczywistość milion tonów szarsza i
nieprzyjazna. Dlatego nie lubię wspomnień, bo zaburzają poczucie bycia w
teraźniejszości, przeszkadzają w cieszeniu się nią. Pracuję bardzo nad
panowaniem nad nawrotami wspomnień, ale chwile słabości są paradoksalnie
silniejsze od najsilniejszej mojej woli. A jeśli dodatkowo pojawi się
jakiś bodziec, coś co dotrze nie tylko do wyobraźni, ale i to uszu czy
oczu... mogiła, jak to mówiła kiedyś młodzież (dziś takich ładnych
określeń już nikt nie używa).
Dzisiejsze popołudnie to takie unaocznione wspomnienia tego, co nigdy
się nie zdarzyło, co nigdy nie było moim udziałem, a kiedyś myślałam, że
powinno. Dziś już tak nie myślę.
Synek otrzymał dziś w niezamierzonym prezencie ode mnie garnitur
prezesa, wygląda bosko, jak to mój Synek :) A mąż uzewnętrznił się w
mini ogródku przed brzydkim domem naszym. Może jeszcze trochę i odważę
się wklejać tu zdjęcia.
Brzuch dziś kłuje mnie od popołudnia, niepokojąco.
Rekolekcje, których uczestnikiem bywałam od niedzieli, uważam za
spowiedzią zakończone. Jutro odpuszczam. Jutro pracuję. Taki jest plan.
Tym razem niewiele wniosły w moją samoświadomość jako katolika. Dostawca
nie ten, może odbiornik nie na te fale nastawiony co trzeba, nie umiem
określić.
Niedługo Wielkanoc, nie odczuwam jeszcze.