poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Czas się ogarnąć

Bezrobocie doskwiera , bardzo. Swoją obezwładniającą, wszechogarniającą niemocą otula mnie (no prawie romantycznie wyszło). Tak mocno w tym tuleniu ściska, że tchu czasami brakuje, tlen nie dochodzi do mózgu, a ten nie produkuje żadnych pożytecznych, motywujących lub choćby pozytywnych myśli.

Na początku tej drogi, bezrobotnej drogi, byłam wściekła - na byłego pracodawcę, że tak a nie inaczej ze mną postąpił; na siebie byłam zła, że tak bardzo przejęłam się jego słowami i decyzją o zwolnieniu; na innych, najbliższych też się wściekałam..."o boże, co wy teraz zrobicie... jak wy sobie poradzicie...szukasz już pracy?..." - takie pytania i stwierdzenia to tylko część z uskutecznianych nad naszymi głowami litanii.

Z wściekłości szybko przeszłam w fazę optymizmu. Będzie dobrze - myślałam. Widocznie tak miało być. I tak chciałam zmienić pracę, odejść z tej toksycznej firmy. Szybko znajdę sobie coś nowego, gdzie mnie docenią za moje zaangażowanie, chęci i umiejętności. Ten okres też nie trwał długo... Po sprawdzeniu kilku informacji, jednej wizycie lekarskiej i morzu wylanych łez na krześle u psychiatry (szczerych łez, choć uspokajam, jednostka chorobowa niegroźna dla otoczenia) zaczęłam zwolnienie chorobowe, które bez przerw trwa do dziś (i potrwa jeszcze około miesiąca, jak wielebny zus pozwoli).

Od tego momenty codzienność stała się jeszcze bardziej codzienna. Monotonia następujących po sobie dni teoretycznie powinna sprawić, że czas płynie wolniej. Nie w tym przypadku. Czas zapieprza, jak wyścigówka, coraz szybciej zbliżając mnie do ściany, litej, do muru własnej bezradności, której zdążyłam się przez te kilka chorobowych miesięcy nabawić, wyuczyć.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Czarno na czarnym

Bardzo chcę pisać. Bardzo, najbardziej chyba ze wszystkiego chcenia. W głowie przez cały dzień kotłują mi się miliony myśli, nie wszystkie wprawdzie rejestruję, ale niektóre wydają mi się na tyle ważne, że wieczorem planuję przeobrazić je w tekst. I na planowaniu się kończy, bo wieczorem właśnie opadam ze wszystkich sił, z całej chęci, motywacji i z wszystkich słów jakie przez kilkanaście godzin w głowie nazbierałam. To zresztą nie tylko kwestia wieczoru. Próbowałam już siadać do pisania w ciągu dnia, w wolnej chwili. Nic z tego. Jakaś wredna wstrętna blokada nie pozwala mi na przeniesienie wymyślonych już wcześniej, widzianych oczyma wyobraźni zdań przez klawiaturę na ekran komputera. Jakiś chochlik w mojej głowie kpi sobie z mojego wyobrażenia o sobie samej, zdeptuje zapał, ten żywy zapał do działania, do pisania, do tworzenia. Przy okazji zahacza o wiarę w siebie, czyli we mnie, o poczucie mojej wartości...  te już dawno przegryzł, przeżuł, wypluł i zdeptując zakopał brudną stopą gdzieś głęboko i daleko.  I tak z dnia na dzień od wielu miesięcy chcę, ale coś mi nie pozwala. Tak, wiem, sama sobie nie pozwalam. Na tyle jestem świadoma siebie, że wiem, że tylko i wyłącznie ja sama mogę pokonać w sobie siebie słabą, podatną na krytykę, na słowa, na zniechęcające spojrzenia i gesty. I tylko niechże mi ktoś wskaże, skąd wziąć siłę, która da mi kopa, tej słabej mnie, żeby kopnąć ta jeszcze słabszą mnie?
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.