Święta nie nastrajają, Święta rozstrajają. Wybija się człowiek z rytmu
codziennych porannych kaw, sprawdzania poczty i odświeżania aktualnego
na godzinę 7:50 stanu świata. I wmanewrowuje się go w serniki, pierniki,
grzyby i inne śledzie, i puchnie za stołem bezbronny, otoczony
alkoholowymi oddechami współtowarzyszy niedoli. Ci to chociaż zaleją
bezradność etanolem. A abstynent to co? Biedny taki. Biedna taka...
widział ktoś kiedyś świątecznego abstynenta faceta?
Rozstrojona więc mieszam sałatki i godzę sie na nieuniknione.
Wesołych Świąt...
wtorek, 24 grudnia 2013
wtorek, 17 grudnia 2013
Wroga ciąg dalszy stąpa. I nikomu nie można wierzyć.
Stąpa i uparcie nie chce ustąpić. Wredny kaszel się uczepił małego
bezbronnego (tylko wobec wrednego kaszlu) Synka i nie mija jak zawsze po
napakowaniu czterolatka sterydami, syropami, inhalacjami i nieustannie
powtarzanym "nie biegaj!".
Wróg stąpa w dzień, choć wyjątkowo łagodnie, w porównaniu do nocy, kiedy nie daje spać zarówno swojemu żywicielowi jak i postronnym obecnym w okolicy 20 metrów. Walczymy, ze ściśniętym niepokojem gardłem.
A fasol rośnie, za dwa dni się zwerbalizuje, wstępnie i oficjalnie.
Zaufanie staje się nawet niezbyt powoli cenniejsze niż dzień totalnie wolny od pracy, a nie doświadczyłam takiego od lat trzech z kawałkiem; albo od przespanej od początku do końca nocy, z którą nie miałam przyjemności od prawie lat czterech.
Nikomu nie można wierzyć, a najbardziej tym, którzy wmawiają Ci, że im można. Nawet trzeba, bo to najwyżsi. Najlepsi. I bez uchybień - tak się widzą i piszą, i czują, i taką krzewią naukę podległym.
Pamiętajcie - nikomu!
Chyba, że to Mąż.
Wróg stąpa w dzień, choć wyjątkowo łagodnie, w porównaniu do nocy, kiedy nie daje spać zarówno swojemu żywicielowi jak i postronnym obecnym w okolicy 20 metrów. Walczymy, ze ściśniętym niepokojem gardłem.
A fasol rośnie, za dwa dni się zwerbalizuje, wstępnie i oficjalnie.
Zaufanie staje się nawet niezbyt powoli cenniejsze niż dzień totalnie wolny od pracy, a nie doświadczyłam takiego od lat trzech z kawałkiem; albo od przespanej od początku do końca nocy, z którą nie miałam przyjemności od prawie lat czterech.
Nikomu nie można wierzyć, a najbardziej tym, którzy wmawiają Ci, że im można. Nawet trzeba, bo to najwyżsi. Najlepsi. I bez uchybień - tak się widzą i piszą, i czują, i taką krzewią naukę podległym.
Pamiętajcie - nikomu!
Chyba, że to Mąż.
Kogo porwie wiatr
Fasol rośnie, daje o sobie znać fundując mi nieustannego kaca jak po
mega imprezie. Jego prawo. Wróżą mi kolejnego mena, nic przeciw nie mam,
ale "byle było toto zdrowe i całe".
Wypada wspomnieć i o Świętach - najgrzeczniejszy bezsprzecznie okazał się najmłodszy - przewiduję kolejne korki w pokoiku Synka, mimo wypaśnego garażu i schowka na autka.
Dla mnie - najlżejsze tym razem - bo na sucharkach z dżemem truskawkowym i zdawkowych łykach barszczyku zagryzanym pierogiem z grzybem (głupia ja). Nadrobię za rok.
Tekst dnia:
- Tata, ciebie to wiatr nie porwie - rzekł Synek klepiąc tatusia po niedelikatnie wystającym brzuchu (póki co większym od mojego).
Tak obstrzygnięty na zapałka Synek podsumował rok tatusia swojego :)
Wypada wspomnieć i o Świętach - najgrzeczniejszy bezsprzecznie okazał się najmłodszy - przewiduję kolejne korki w pokoiku Synka, mimo wypaśnego garażu i schowka na autka.
Dla mnie - najlżejsze tym razem - bo na sucharkach z dżemem truskawkowym i zdawkowych łykach barszczyku zagryzanym pierogiem z grzybem (głupia ja). Nadrobię za rok.
Tekst dnia:
- Tata, ciebie to wiatr nie porwie - rzekł Synek klepiąc tatusia po niedelikatnie wystającym brzuchu (póki co większym od mojego).
Tak obstrzygnięty na zapałka Synek podsumował rok tatusia swojego :)
sobota, 14 grudnia 2013
Wróg numer 1. I plany na przyszłość.
Kaszel, niezapowiedziany, najpierw niewinny, mimochodem, przechodzący w
namolny i chwilami irytujący słuchaczy (kaszlący nie zauważa zmian
nasilenia, słuchacze są natomiast coraz bardziej przerażeni
nadchodzącymi następstwami).
W krótkim czasie z kaszlu wyłania się
okrutnik zwany zapaleniem i bezczelnie atakuje krtań kaszlącego
wywołując odgłos szczekającego psa, zmęczonego i wkurzonego. I poddusza
kaszlaka, blokuje oddech, a u słuchaczy wywołuje nieopisany strach przed
wiadomymi konsekwencjami. Mimo że teoretycznie wiadomych nie ma się co
bać - na pewno bedą nieprzespane noce, inhalacje sterydami, być może
nocna wizyta na pogotowiu gdy sterydy podane wziewnie nie pomogą ( a
często tak bywa), w ostateczności szpital - na 8 zapaleń w ciagu 8
miesięcy zdarzył się raz - Synek był wtedy najzdrowszym dzieckiem na
oddziale a spędził tam cztery razy więcej czasu niż powinien
poczęstowany infekcjami szpitalnymi w gratisie.
Zapalenie
jakby w kalendarzu zapisało sobie że raz w miesiącu będzie nam Synka
dręczyć swoją obecnością w Jego krtani. I dręczy nieprzerwanie od
miesięcy ośmiu.
Nie ma nic gorszego niż krzywda i cierpienie własnego dziecka, na które nie można nic poradzić. I to wie tylko rodzic.
Synek dziś zmęczony porannym atakiem kaszlu płaczliwym głosem zapytał:
- Mama, czemu ja ciągle choruje? Inne dzieci nie chorują tylko ja.
-
Bo Twoje gardełko jest jeszcze młode i nieodporne na zapalenia. Jak
będziesz większy to gardełko też urośnie i nie będziesz chorować.
- Mama, ja już chcę być dorosły.
Wieczorem natomiast pozornie lepiej mający się Synek odważnie snuł plany na przyszłość:
-
Mama, jak dorosnę to będę naprawiaczem, i policją, i wozem strażackim, i
karetkarzem, i kierowarzem ( to ten co uczy innych jeździć), i
traktorzystą, i jeszcze będę szambiarzem jak będę duży.
Dobrze że lista jest długa, być może nie ze wszystkim się wyrobi, ale ambicje ma niekłamane.
piątek, 13 grudnia 2013
Mam marzenie
Marzenia i ich treść okazują się być bardzo względne, jednak radość ze
spełnienia jakiegokolwiek zawsze jest podobna - największa na dana
chwilę.
- Mama! Spełniło się dziś moje marzenie największe - rzecze Synek cały uradowany.
- Jakie marzenie Synku? - patrzę wielkimi oczami na Niego (czyżby Mikołaj się pospieszył?)
- Tak bardzo marzyłem, żeby zagrać na trójkącie i pani mi dzisiaj pozwoliła i mama, grałem na trójkącie! - żwawo gestykulując wyraził swoją ogromną radość z faktu, że na rytmice pani pozwoliła Mu zagrać na trójkącie.
Pod nosem powiedziałam do siebie, że Synek był moim marzeniem. Uszy ma jeszcze młode i sprawne, usłyszał.
- Mama, ja byłem twoim marzeniem, że się urodziłem?
- Tak Synku, byłeś moim marzeniem.
- Widzisz mama, marzenia się spełniają! A tatuś też był Twoim marzeniem?
- :) Tak Synku...
- Mama! Spełniło się dziś moje marzenie największe - rzecze Synek cały uradowany.
- Jakie marzenie Synku? - patrzę wielkimi oczami na Niego (czyżby Mikołaj się pospieszył?)
- Tak bardzo marzyłem, żeby zagrać na trójkącie i pani mi dzisiaj pozwoliła i mama, grałem na trójkącie! - żwawo gestykulując wyraził swoją ogromną radość z faktu, że na rytmice pani pozwoliła Mu zagrać na trójkącie.
Pod nosem powiedziałam do siebie, że Synek był moim marzeniem. Uszy ma jeszcze młode i sprawne, usłyszał.
- Mama, ja byłem twoim marzeniem, że się urodziłem?
- Tak Synku, byłeś moim marzeniem.
- Widzisz mama, marzenia się spełniają! A tatuś też był Twoim marzeniem?
- :) Tak Synku...
czwartek, 12 grudnia 2013
Czteroletnia prawie troska
Rozmawiam z mężem.
ja: Powiemy dopiero jak pójdę do lekarza.
mąż: Ok.
Synek: Mama, idziesz do doktora?
j: Tak, Synku.
S: To powiedz mi później co Ci dolega, jak pan doktor cię obada.
j: Dobrze, Synku.
Najszczersza troska na świecie.
ja: Powiemy dopiero jak pójdę do lekarza.
mąż: Ok.
Synek: Mama, idziesz do doktora?
j: Tak, Synku.
S: To powiedz mi później co Ci dolega, jak pan doktor cię obada.
j: Dobrze, Synku.
Najszczersza troska na świecie.
wtorek, 10 grudnia 2013
Zasypianie jest trudne...
... Do takiego na głos wypowiedzianego wniosku doszedł Synek po niemal 2
godzinach nocnych kreciołków łóżkowych między godziną 3 a 5. W nocy.
Tej
nocy, w tym momencie, obolała, odrapana, okopana i wygięta, doskonale
wiedziałam co ma na myśli. Mieliśmy ten sam kłopot, tyle że z przyczyn
dość rożnych - On po prostu nie mógł zasnąć, a mi nie pozwalano.
Słaba to była noc, z przełożeniem wprost proporcjonalnym na równie słaby dzień.
Czas
więc z nadzieją na lepsze jutro (i lepszą nockę) o północy jak zwykle
przyrzec sobie, że jutro kładę się wcześniej. Taki luksus założeń :)
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Duma
Rozpiera mnie duma. Codziennie, co chwilę. Jak tylko Synka widzę,
słyszę, napisałabym, że jak nawet czuję, ale to już przesada...
Duma, że tworzę, no, współtworzę taki mały a cały mój i Jego świat. I że mam na to pozwolenie i współtwórców. I że widzę, kiedy coś nie tak jak powinnam robię, i że umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Świadomość siebie rozpiera mnie dumą. Choć czasem mam ochotę walnąć sobie w gębę, z tej świadomości.
A wtedy Synek przychodzi i na moje przepraszam mówi "Wybaczam ci mamusiu, nic nie szkodzi".
Duma, że tworzę, no, współtworzę taki mały a cały mój i Jego świat. I że mam na to pozwolenie i współtwórców. I że widzę, kiedy coś nie tak jak powinnam robię, i że umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Świadomość siebie rozpiera mnie dumą. Choć czasem mam ochotę walnąć sobie w gębę, z tej świadomości.
A wtedy Synek przychodzi i na moje przepraszam mówi "Wybaczam ci mamusiu, nic nie szkodzi".
Dogadać się z Synkiem
Z prawie czterolatkiem naprawdę można się dogadać. Jest wyrozumiały,
pojętny, usłuchany - choć teoretycznie nie ma wyjścia innego niż słuchać
matki jaka by ona nie była ( a nie jest taka znowu zła). Ale gdy matka
słucha czterolatka prawie to i ten z przyjemnością matki słucha. I to
widać, w każdej naszej wspólnej godzinie chwil spędzanych razem.
Słuchanie to tylko słowo, jak klucz, który otwiera następne drzwi -
zrozumienie, empatię, tolerancję i tak bardzo spychany na margines przez
wielu szacunek do parolatka, który nie zna nawet znaczenia tych pojęć
(i nie różni się przy tym od wielu prawie czterdziestolatków).
W
temacie tym - poszanowania małych ludzi - mogę pisać elaboraty. I kiedyś
napisze, jak będę sama i będę miała wystarczająco dużo czasu żeby
popłakać sobie w spokoju.
wtorek, 26 listopada 2013
Tytułem wstępu
Będzie nie zawsze zrozumiale i czasem z błędami. Człowiekiem jestem jedynie, więc mogę, jak definicja wskazuje, błędy popełniać i naukę z nich wyciągać. Teoretycznie.
Wniosek na dziś - nauka nigdy nie wyprzedza błędu, bezlitośnie i bez skrupułów konsumując nasze własnoręcznie wyhodowane rozczarowania.
Od lat karmię więc dedykowaną specjalnie dla mnie naukę, niedługo tak spuchnie, że pęknie, na pewno nie z dumy. Może jeśli podzielę się nieco tym, co między minione a uporczywie niezapomniane PRZEDTEM, a niewydarzone i niewyobrażalne za sto lat POTEM, to... nie wiem.
Ale chcę i muszę. I wystarczy, że trafię do jednego, dwóch światów, tych szczególnych. Oba są odległe od tego mojego o świetlne galaktyki. Więc będzie ciężko.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Synek po raz pierwszy.
Jest Synek, w kwiecie wieku - lat 4 skończy za 2 miesiące.
Absolutnie mądry, elokwentny, piękny i najlepszy, jak każdy Synek.
O Synku będzie wiele, bo to chodząca Skarbnica natchnień.
Wczoraj w przedszkolu z okazji andrzejek (tak, andrzejki moi drodzy obchodzi się teraz niemal od urodzenia) dzieci wraz z Paniami odwiedziły muzeum. Dość osobliwie, ale pochwalam - chociaż krzewienie kulturalnego obchodzenia tego typu "okazji" z pewnością nie stanie się nawykiem, gdy Synek nieco podrośnie.
Muzeum dziećmi zajęło się również osobliwie, bo andrzejkowo - na pewno były wróżby (i z pewnością inne zabobonne atrakcje, o których póki co Synek uparcie milczy twierdząc, że nie pamięta). O wróżbach też nie pamiętał, dopóki nie olśniło Go krótko przed kąpielą, między celowanie ubraniami do kosza na pranie z pewnej odległości a wskoczeniem z rozpluskiem do wanny.
- Mama, ja będę fryzjerem - oznajmił patrząc mi głęboko w oczy.
Zatkało mnie chwilowo, bo do tej pory nie odstępował od tezy zostania traktorzystą (przy poważnym rozpatrywaniu opcji sprzedawcy w salonie z traktorami - idąc za delikatną sugestią rodzicielską), karetkarzem, strażakiem. A tu naraz fryzjerem.
- A dlaczego tak uważasz?
- Bo wylosowałem grzebień.
I masz, pogańskie obrzędy w muzeum przesądziły o przyszłości Synka.
- I będziesz mnie czesał, układał mi różne piękne fryzury?
- Mama, jak ja będę duży to ty będziesz tam - i wskazując paluszkiem, głową i wzrokiem na sufit dokończył - w niebie.
Uuuu, powiało grozą, Mam nadzieję, że tego w muzeum nie wywróżyli.
Nonszalanckie stwierdzenie o mojej rychłej śmierci zbyłam nawet naturalnym śmiechem.
- A jakim będziesz fryzjerem? Męskim czy damskim?
- Takim męskim i kobietowym, dla wszystkich.
Fryzjer też zawód, niektórzy są sławni, zarabiają krocie, są szanowanie i podziwiani. Synek, jeśli będzie, to na pewno jednym z nich! :)
Kąpiel dobiegała już końca gdy z czeluści wanny doszły mnie odgłosy intensywnego plucia. Nie nurkował, więc to nie woda i nie mój wszędobylski włos prosto z głowy zaplatany między małe zęby. Zaniepokojona podeszła do siedzącego tyłem Synka (więc robił coś czego nie powinien) i nadal plującego zastałam Go z gumowym, wypełnionym małymi kuleczkami dinozaurem w dłoni. Dino miał nowy znak szczególny - przegryziony wyżej wymienionymi małymi zębami ogon - stąd też dowiedziałam się, czym jest wypełniony. A Synek dalej pluł.
- Kuleczki wpadły Ci do buzi?
- Taak - powiedział patrząc na mnie oczami biednego kotka.
- A połknąłeś jakieś?
- Nie... chyba.
- To dobrze.
- Czemu?
- Bo te kuleczki są trujące, nie wolno ich brać do buzi ani połykać.
Ups.
- Nie połknąłem ich, tak myślę.
I widziałam jak strach rośnie w Jego oczach z sekundy na sekundę.
- Nie połknąłem...
- Na pewno nie połknąłeś. Będziemy Cię obserwować. Czy boli Cię brzuszek.
- Nie boli - i złapał się za brzuszek tak jakby go bolał.
- Jak będzie Cię bolał to pojedziemy do pana doktora...
- I jak, czym będzie mi wyciągał te kuleczki? - już bał się na całego.
- Nie wiem Synku, ale na pewno nie będzie musiał. Idziemy myć zęby - zdecydowałam aby trochę odciągnąć już przestraszonego Synka od trujących kuleczek, bo już widziałam, jak w Jego umyśle tworzy się ból brzucha.
- Może zaplątały mi się w ząbki te kulki, to je wymyjemy.
O kulkach i strachu zapomniał jeszcze przed wieczornym czytaniem.
Absolutnie mądry, elokwentny, piękny i najlepszy, jak każdy Synek.
O Synku będzie wiele, bo to chodząca Skarbnica natchnień.
Wczoraj w przedszkolu z okazji andrzejek (tak, andrzejki moi drodzy obchodzi się teraz niemal od urodzenia) dzieci wraz z Paniami odwiedziły muzeum. Dość osobliwie, ale pochwalam - chociaż krzewienie kulturalnego obchodzenia tego typu "okazji" z pewnością nie stanie się nawykiem, gdy Synek nieco podrośnie.
Muzeum dziećmi zajęło się również osobliwie, bo andrzejkowo - na pewno były wróżby (i z pewnością inne zabobonne atrakcje, o których póki co Synek uparcie milczy twierdząc, że nie pamięta). O wróżbach też nie pamiętał, dopóki nie olśniło Go krótko przed kąpielą, między celowanie ubraniami do kosza na pranie z pewnej odległości a wskoczeniem z rozpluskiem do wanny.
- Mama, ja będę fryzjerem - oznajmił patrząc mi głęboko w oczy.
Zatkało mnie chwilowo, bo do tej pory nie odstępował od tezy zostania traktorzystą (przy poważnym rozpatrywaniu opcji sprzedawcy w salonie z traktorami - idąc za delikatną sugestią rodzicielską), karetkarzem, strażakiem. A tu naraz fryzjerem.
- A dlaczego tak uważasz?
- Bo wylosowałem grzebień.
I masz, pogańskie obrzędy w muzeum przesądziły o przyszłości Synka.
- I będziesz mnie czesał, układał mi różne piękne fryzury?
- Mama, jak ja będę duży to ty będziesz tam - i wskazując paluszkiem, głową i wzrokiem na sufit dokończył - w niebie.
Uuuu, powiało grozą, Mam nadzieję, że tego w muzeum nie wywróżyli.
Nonszalanckie stwierdzenie o mojej rychłej śmierci zbyłam nawet naturalnym śmiechem.
- A jakim będziesz fryzjerem? Męskim czy damskim?
- Takim męskim i kobietowym, dla wszystkich.
Fryzjer też zawód, niektórzy są sławni, zarabiają krocie, są szanowanie i podziwiani. Synek, jeśli będzie, to na pewno jednym z nich! :)
Kąpiel dobiegała już końca gdy z czeluści wanny doszły mnie odgłosy intensywnego plucia. Nie nurkował, więc to nie woda i nie mój wszędobylski włos prosto z głowy zaplatany między małe zęby. Zaniepokojona podeszła do siedzącego tyłem Synka (więc robił coś czego nie powinien) i nadal plującego zastałam Go z gumowym, wypełnionym małymi kuleczkami dinozaurem w dłoni. Dino miał nowy znak szczególny - przegryziony wyżej wymienionymi małymi zębami ogon - stąd też dowiedziałam się, czym jest wypełniony. A Synek dalej pluł.
- Kuleczki wpadły Ci do buzi?
- Taak - powiedział patrząc na mnie oczami biednego kotka.
- A połknąłeś jakieś?
- Nie... chyba.
- To dobrze.
- Czemu?
- Bo te kuleczki są trujące, nie wolno ich brać do buzi ani połykać.
Ups.
- Nie połknąłem ich, tak myślę.
I widziałam jak strach rośnie w Jego oczach z sekundy na sekundę.
- Nie połknąłem...
- Na pewno nie połknąłeś. Będziemy Cię obserwować. Czy boli Cię brzuszek.
- Nie boli - i złapał się za brzuszek tak jakby go bolał.
- Jak będzie Cię bolał to pojedziemy do pana doktora...
- I jak, czym będzie mi wyciągał te kuleczki? - już bał się na całego.
- Nie wiem Synku, ale na pewno nie będzie musiał. Idziemy myć zęby - zdecydowałam aby trochę odciągnąć już przestraszonego Synka od trujących kuleczek, bo już widziałam, jak w Jego umyśle tworzy się ból brzucha.
- Może zaplątały mi się w ząbki te kulki, to je wymyjemy.
O kulkach i strachu zapomniał jeszcze przed wieczornym czytaniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)