Jest Synek, w kwiecie wieku - lat 4 skończy za 2 miesiące.
Absolutnie mądry, elokwentny, piękny i najlepszy, jak każdy Synek.
O Synku będzie wiele, bo to chodząca Skarbnica natchnień.
Wczoraj w przedszkolu z okazji andrzejek (tak, andrzejki moi drodzy
obchodzi się teraz niemal od urodzenia) dzieci wraz z Paniami odwiedziły
muzeum. Dość osobliwie, ale pochwalam - chociaż krzewienie kulturalnego
obchodzenia tego typu "okazji" z pewnością nie stanie się nawykiem, gdy
Synek nieco podrośnie.
Muzeum dziećmi zajęło się również osobliwie, bo andrzejkowo - na pewno
były wróżby (i z pewnością inne zabobonne atrakcje, o których póki co
Synek uparcie milczy twierdząc, że nie pamięta). O wróżbach też nie
pamiętał, dopóki nie olśniło Go krótko przed kąpielą, między celowanie
ubraniami do kosza na pranie z pewnej odległości a wskoczeniem z
rozpluskiem do wanny.
- Mama, ja będę fryzjerem - oznajmił patrząc mi głęboko w oczy.
Zatkało mnie chwilowo, bo do tej pory nie odstępował od tezy zostania
traktorzystą (przy poważnym rozpatrywaniu opcji sprzedawcy w salonie z
traktorami - idąc za delikatną sugestią rodzicielską), karetkarzem,
strażakiem. A tu naraz fryzjerem.
- A dlaczego tak uważasz?
- Bo wylosowałem grzebień.
I masz, pogańskie obrzędy w muzeum przesądziły o przyszłości Synka.
- I będziesz mnie czesał, układał mi różne piękne fryzury?
- Mama, jak ja będę duży to ty będziesz tam - i wskazując paluszkiem, głową i wzrokiem na sufit dokończył - w niebie.
Uuuu, powiało grozą, Mam nadzieję, że tego w muzeum nie wywróżyli.
Nonszalanckie stwierdzenie o mojej rychłej śmierci zbyłam nawet naturalnym śmiechem.
- A jakim będziesz fryzjerem? Męskim czy damskim?
- Takim męskim i kobietowym, dla wszystkich.
Fryzjer też zawód, niektórzy są sławni, zarabiają krocie, są szanowanie i
podziwiani. Synek, jeśli będzie, to na pewno jednym z nich! :)
Kąpiel dobiegała już końca gdy z czeluści wanny doszły mnie odgłosy
intensywnego plucia. Nie nurkował, więc to nie woda i nie mój
wszędobylski włos prosto z głowy zaplatany między małe zęby.
Zaniepokojona podeszła do siedzącego tyłem Synka (więc robił coś czego
nie powinien) i nadal plującego zastałam Go z gumowym, wypełnionym
małymi kuleczkami dinozaurem w dłoni. Dino miał nowy znak szczególny -
przegryziony wyżej wymienionymi małymi zębami ogon - stąd też
dowiedziałam się, czym jest wypełniony. A Synek dalej pluł.
- Kuleczki wpadły Ci do buzi?
- Taak - powiedział patrząc na mnie oczami biednego kotka.
- A połknąłeś jakieś?
- Nie... chyba.
- To dobrze.
- Czemu?
- Bo te kuleczki są trujące, nie wolno ich brać do buzi ani połykać.
Ups.
- Nie połknąłem ich, tak myślę.
I widziałam jak strach rośnie w Jego oczach z sekundy na sekundę.
- Nie połknąłem...
- Na pewno nie połknąłeś. Będziemy Cię obserwować. Czy boli Cię brzuszek.
- Nie boli - i złapał się za brzuszek tak jakby go bolał.
- Jak będzie Cię bolał to pojedziemy do pana doktora...
- I jak, czym będzie mi wyciągał te kuleczki? - już bał się na całego.
- Nie wiem Synku, ale na pewno nie będzie musiał. Idziemy myć zęby -
zdecydowałam aby trochę odciągnąć już przestraszonego Synka od trujących
kuleczek, bo już widziałam, jak w Jego umyśle tworzy się ból brzucha.
- Może zaplątały mi się w ząbki te kulki, to je wymyjemy.
O kulkach i strachu zapomniał jeszcze przed wieczornym czytaniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz