Bezrobocie doskwiera , bardzo. Swoją obezwładniającą, wszechogarniającą niemocą otula mnie (no prawie romantycznie wyszło). Tak mocno w tym tuleniu ściska, że tchu czasami brakuje, tlen nie dochodzi do mózgu, a ten nie produkuje żadnych pożytecznych, motywujących lub choćby pozytywnych myśli.
Na początku tej drogi, bezrobotnej drogi, byłam wściekła - na byłego pracodawcę, że tak a nie inaczej ze mną postąpił; na siebie byłam zła, że tak bardzo przejęłam się jego słowami i decyzją o zwolnieniu; na innych, najbliższych też się wściekałam..."o boże, co wy teraz zrobicie... jak wy sobie poradzicie...szukasz już pracy?..." - takie pytania i stwierdzenia to tylko część z uskutecznianych nad naszymi głowami litanii.
Z wściekłości szybko przeszłam w fazę optymizmu. Będzie dobrze - myślałam. Widocznie tak miało być. I tak chciałam zmienić pracę, odejść z tej toksycznej firmy. Szybko znajdę sobie coś nowego, gdzie mnie docenią za moje zaangażowanie, chęci i umiejętności. Ten okres też nie trwał długo... Po sprawdzeniu kilku informacji, jednej wizycie lekarskiej i morzu wylanych łez na krześle u psychiatry (szczerych łez, choć uspokajam, jednostka chorobowa niegroźna dla otoczenia) zaczęłam zwolnienie chorobowe, które bez przerw trwa do dziś (i potrwa jeszcze około miesiąca, jak wielebny zus pozwoli).
Od tego momenty codzienność stała się jeszcze bardziej codzienna. Monotonia następujących po sobie dni teoretycznie powinna sprawić, że czas płynie wolniej. Nie w tym przypadku. Czas zapieprza, jak wyścigówka, coraz szybciej zbliżając mnie do ściany, litej, do muru własnej bezradności, której zdążyłam się przez te kilka chorobowych miesięcy nabawić, wyuczyć.
Mądrawski Blog
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
poniedziałek, 22 lutego 2016
Czarno na czarnym
Bardzo chcę pisać. Bardzo, najbardziej chyba ze wszystkiego chcenia. W głowie przez cały dzień kotłują mi się miliony myśli, nie wszystkie wprawdzie rejestruję, ale niektóre wydają mi się na tyle ważne, że wieczorem planuję przeobrazić je w tekst. I na planowaniu się kończy, bo wieczorem właśnie opadam ze wszystkich sił, z całej chęci, motywacji i z wszystkich słów jakie przez kilkanaście godzin w głowie nazbierałam. To zresztą nie tylko kwestia wieczoru. Próbowałam już siadać do pisania w ciągu dnia, w wolnej chwili. Nic z tego. Jakaś wredna wstrętna blokada nie pozwala mi na przeniesienie wymyślonych już wcześniej, widzianych oczyma wyobraźni zdań przez klawiaturę na ekran komputera. Jakiś chochlik w mojej głowie kpi sobie z mojego wyobrażenia o sobie samej, zdeptuje zapał, ten żywy zapał do działania, do pisania, do tworzenia. Przy okazji zahacza o wiarę w siebie, czyli we mnie, o poczucie mojej wartości... te już dawno przegryzł, przeżuł, wypluł i zdeptując zakopał brudną stopą gdzieś głęboko i daleko. I tak z dnia na dzień od wielu miesięcy chcę, ale coś mi nie pozwala. Tak, wiem, sama sobie nie pozwalam. Na tyle jestem świadoma siebie, że wiem, że tylko i wyłącznie ja sama mogę pokonać w sobie siebie słabą, podatną na krytykę, na słowa, na zniechęcające spojrzenia i gesty. I tylko niechże mi ktoś wskaże, skąd wziąć siłę, która da mi kopa, tej słabej mnie, żeby kopnąć ta jeszcze słabszą mnie?
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.
czwartek, 10 września 2015
Trudne powroty
To, co powstrzymuje (powstrzymywało mam nadzieję) od pisania tu, to lęk przed napisaniem bzdur, albo czegoś nieciekawego. Lęk przed tym, że komuś moje pisanie może się nie spodobać. Że wytknięte zostaną mi błędy stylistyczne, brak polotu, nieciekawość, wtórność, nie daj Boże próby podrabiania cudzych tekstów (inspiracje bywają zgubne). Czas, jego brak, jest najmniejszą przeszkodą - jestem zdania, że przy dobrej organizacji da się naprawdę wiele ogarnąć.
Nie ma jednak dnia abym nie wracała myślami do chęci pisania, do chęci opisywania codzienności, wyrażania swojego zdania na różne tematy. Wielokrotnie w ciągu dnia zapoznaję się z opiniami innych na temat metod wychowania dzieci, najnowszych trendów modowych czy odkryć żywieniowych i kulinarnych, a sama gubię przy tym nawale różnych zdań własne, osobiste, nie podkręcone aferką w sieci czy burzliwą dyskusją pod którymś z postów moich ulubionych blogerów.
Czas więc wyjść z cienia, narzuconego sobie samej. Nikt nie ogranicza nas tak bardzo jak my sami... niestety jestem tego niechlubnym przykładem. Czy to się jednak komuś spodoba czy nie, a zakładam, że niewiele osób (tylko ja?!) będzie tu zaglądać - nie szkodzi, za kilka(naście) lat dobrze będzie wrócić do opisu czasów gdy chłopcy lubili się przytulać, Kris nie mógł zasnąć bez mamy lub taty, Wojciech broił z miną anioła, a błahe problemy urastały do rangi katastrofy.
A jaka jest ta moja/nasza codzienność? Kris lat 5 z dużym hakiem, zerówkowicz z mocno obniżoną odpornością, która co kilka dni, czasem tygodni, przypomina jak niewiele trzeba aby niewinna chrypka przerodziła się w zapalenie krtani i co najmniej tydzień wagarów od przedszkola. Wojciech lat 1 z małym hakiem, początkujący użytkownik dolnych kończyn w pozycji pionowej, za jego anielskim uśmiechem i błękitnym spojrzeniem kryją się nieskończone pokłady pomysłów na uprzykrzenie matce dnia. Tata... to tata. Mama... to ja. Raczej wycofana (nad czym pracuję), dość nieśmiała (również), ciągle niewyspana (skutecznie pracują na to chłopcy), z nieustającym brakiem czasu na ukochane książki i pisanie (też do poprawki, czasu mamy wszyscy tyle samo, kluczowe jest nim gospodarowanie).
Za kilka tygodni wielkie zmiany - po długim rocznym urlopie macierzyńskim wracam do pracy, która kiedyś dawała mi tyle samo satysfakcji co frustracji, z nadzieją, że nie będzie gorzej.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Dotknięcie
Kiedyś przeczytałam, że kobieta żyje wspomnieniami, a mężczyzna ...
czymś tam innym, już nie pamiętam czym (ale z pewnością bez zabarwienia
romantycznego).
I codziennie utwierdzam się w tym smutnym przekonaniu, że tak właśnie jest. Wspomnienia wracają każdego dnia, niezależnie od tego, czy chcę, czy nie, w chwili nieuwagi mydlą mi spojrzenie i powodują, że powieki stają się tonę cięższe, a piękna rzeczywistość milion tonów szarsza i nieprzyjazna. Dlatego nie lubię wspomnień, bo zaburzają poczucie bycia w teraźniejszości, przeszkadzają w cieszeniu się nią. Pracuję bardzo nad panowaniem nad nawrotami wspomnień, ale chwile słabości są paradoksalnie silniejsze od najsilniejszej mojej woli. A jeśli dodatkowo pojawi się jakiś bodziec, coś co dotrze nie tylko do wyobraźni, ale i to uszu czy oczu... mogiła, jak to mówiła kiedyś młodzież (dziś takich ładnych określeń już nikt nie używa).
Dzisiejsze popołudnie to takie unaocznione wspomnienia tego, co nigdy się nie zdarzyło, co nigdy nie było moim udziałem, a kiedyś myślałam, że powinno. Dziś już tak nie myślę.
Synek otrzymał dziś w niezamierzonym prezencie ode mnie garnitur prezesa, wygląda bosko, jak to mój Synek :) A mąż uzewnętrznił się w mini ogródku przed brzydkim domem naszym. Może jeszcze trochę i odważę się wklejać tu zdjęcia.
Brzuch dziś kłuje mnie od popołudnia, niepokojąco.
Rekolekcje, których uczestnikiem bywałam od niedzieli, uważam za spowiedzią zakończone. Jutro odpuszczam. Jutro pracuję. Taki jest plan.
Tym razem niewiele wniosły w moją samoświadomość jako katolika. Dostawca nie ten, może odbiornik nie na te fale nastawiony co trzeba, nie umiem określić.
Niedługo Wielkanoc, nie odczuwam jeszcze.
I codziennie utwierdzam się w tym smutnym przekonaniu, że tak właśnie jest. Wspomnienia wracają każdego dnia, niezależnie od tego, czy chcę, czy nie, w chwili nieuwagi mydlą mi spojrzenie i powodują, że powieki stają się tonę cięższe, a piękna rzeczywistość milion tonów szarsza i nieprzyjazna. Dlatego nie lubię wspomnień, bo zaburzają poczucie bycia w teraźniejszości, przeszkadzają w cieszeniu się nią. Pracuję bardzo nad panowaniem nad nawrotami wspomnień, ale chwile słabości są paradoksalnie silniejsze od najsilniejszej mojej woli. A jeśli dodatkowo pojawi się jakiś bodziec, coś co dotrze nie tylko do wyobraźni, ale i to uszu czy oczu... mogiła, jak to mówiła kiedyś młodzież (dziś takich ładnych określeń już nikt nie używa).
Dzisiejsze popołudnie to takie unaocznione wspomnienia tego, co nigdy się nie zdarzyło, co nigdy nie było moim udziałem, a kiedyś myślałam, że powinno. Dziś już tak nie myślę.
Synek otrzymał dziś w niezamierzonym prezencie ode mnie garnitur prezesa, wygląda bosko, jak to mój Synek :) A mąż uzewnętrznił się w mini ogródku przed brzydkim domem naszym. Może jeszcze trochę i odważę się wklejać tu zdjęcia.
Brzuch dziś kłuje mnie od popołudnia, niepokojąco.
Rekolekcje, których uczestnikiem bywałam od niedzieli, uważam za spowiedzią zakończone. Jutro odpuszczam. Jutro pracuję. Taki jest plan.
Tym razem niewiele wniosły w moją samoświadomość jako katolika. Dostawca nie ten, może odbiornik nie na te fale nastawiony co trzeba, nie umiem określić.
Niedługo Wielkanoc, nie odczuwam jeszcze.
wtorek, 25 marca 2014
Miłość
Synek to istota nadal nas zaskakująca i nie zamierza przestawać. Wczoraj
wysiadając z tatą z samochodu upuściła zabawkę. Tata oczywiście schylił
się po nią i Synkowi podał. Na to Synek powiedział:
- dziękuje ci tatusiu, że podałeś mi zabawkę. Kocham Cię. Do tej pory kochałem mamę bardziej ale teraz kocham cię tak samo już, bo jesteś taki dobry i podałeś mi zabawkę.
Jak niewiele wystarczy aby dziecko kochało nas najbardziej jak umie. A jak wielu tego nie docenia.
Widzę i czytam niemal codziennie historie dzieci porzuconych, opuszczonych, niechcianych, zaniedbywanych, bitych, poniewieranych, nieszanowanych.... I przy każdej mam łzy w oczach, często na policzkach.
Dzieci to największy nas wszystkich skarb, najcenniejszy, o który dbać powinno się bardziej niż o siebie samych. A to właśnie dzieci cierpią najbardziej z powodu i przez dorosłych.
- dziękuje ci tatusiu, że podałeś mi zabawkę. Kocham Cię. Do tej pory kochałem mamę bardziej ale teraz kocham cię tak samo już, bo jesteś taki dobry i podałeś mi zabawkę.
Jak niewiele wystarczy aby dziecko kochało nas najbardziej jak umie. A jak wielu tego nie docenia.
Widzę i czytam niemal codziennie historie dzieci porzuconych, opuszczonych, niechcianych, zaniedbywanych, bitych, poniewieranych, nieszanowanych.... I przy każdej mam łzy w oczach, często na policzkach.
Dzieci to największy nas wszystkich skarb, najcenniejszy, o który dbać powinno się bardziej niż o siebie samych. A to właśnie dzieci cierpią najbardziej z powodu i przez dorosłych.
piątek, 21 marca 2014
Zranione uczucia
Dziecko to człowiek, z wszystkimi jego cechami. Mam tego pełna
świadomość, taką pełna, że przepełniona czasami, a i tak nie udaje mi
się uniknąć wpadek pt. syndrom zmęczonego rodzica.
Synek jest wrażliwy, jak ja, nie jak tata. Przynajmniej na razie, pewnie Mu się odmieni.
Przedwczoraj w kryzysie środka tygodnia straciłam cierpliwość i powtarzając upomnienie po raz któryś z wielu dziesiątek użyłam tonu ostrzejszego niż standardowo. Czteroletni człowiek natychmiast stanął na równe nogi mocno urażony i wyraźnie zasmucony i poważnym tonem poinformował:
- Zraniłaś moje uczucia - i buzia w podkowę. I mnie rozbroił. Matkę rodzoną. I do tego kolejne uzasadnione wyrzuty sumienia obudził. Ma moc w tej swojej młodej głowie.
Synek jest wrażliwy, jak ja, nie jak tata. Przynajmniej na razie, pewnie Mu się odmieni.
Przedwczoraj w kryzysie środka tygodnia straciłam cierpliwość i powtarzając upomnienie po raz któryś z wielu dziesiątek użyłam tonu ostrzejszego niż standardowo. Czteroletni człowiek natychmiast stanął na równe nogi mocno urażony i wyraźnie zasmucony i poważnym tonem poinformował:
- Zraniłaś moje uczucia - i buzia w podkowę. I mnie rozbroił. Matkę rodzoną. I do tego kolejne uzasadnione wyrzuty sumienia obudził. Ma moc w tej swojej młodej głowie.
wtorek, 18 marca 2014
Gratulacje
- Pogratulujesz mi mamuś? - zapytał Synek o 5:30 rześko wyskakując ze
SWOJEGO łóżka w SWOIM pokoju i dziarsko przechodząc do łóżka rodzicieli.
- No pewnie, gratulacje synku - jeszcze na pół senna doceniłam jego wyczyn w postaci całej przespanej nocy tak daleko od rodziców.
- No dzięki. Ale teraz mogę pospać trochę u was?
- Pewnie :)
Oczywiście już nie pospał. I ja też nie. Do ucha za to zanucił poranne eremefefem...
- No pewnie, gratulacje synku - jeszcze na pół senna doceniłam jego wyczyn w postaci całej przespanej nocy tak daleko od rodziców.
- No dzięki. Ale teraz mogę pospać trochę u was?
- Pewnie :)
Oczywiście już nie pospał. I ja też nie. Do ucha za to zanucił poranne eremefefem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)