Bezrobocie doskwiera , bardzo. Swoją obezwładniającą, wszechogarniającą niemocą otula mnie (no prawie romantycznie wyszło). Tak mocno w tym tuleniu ściska, że tchu czasami brakuje, tlen nie dochodzi do mózgu, a ten nie produkuje żadnych pożytecznych, motywujących lub choćby pozytywnych myśli.
Na początku tej drogi, bezrobotnej drogi, byłam wściekła - na byłego pracodawcę, że tak a nie inaczej ze mną postąpił; na siebie byłam zła, że tak bardzo przejęłam się jego słowami i decyzją o zwolnieniu; na innych, najbliższych też się wściekałam..."o boże, co wy teraz zrobicie... jak wy sobie poradzicie...szukasz już pracy?..." - takie pytania i stwierdzenia to tylko część z uskutecznianych nad naszymi głowami litanii.
Z wściekłości szybko przeszłam w fazę optymizmu. Będzie dobrze - myślałam. Widocznie tak miało być. I tak chciałam zmienić pracę, odejść z tej toksycznej firmy. Szybko znajdę sobie coś nowego, gdzie mnie docenią za moje zaangażowanie, chęci i umiejętności. Ten okres też nie trwał długo... Po sprawdzeniu kilku informacji, jednej wizycie lekarskiej i morzu wylanych łez na krześle u psychiatry (szczerych łez, choć uspokajam, jednostka chorobowa niegroźna dla otoczenia) zaczęłam zwolnienie chorobowe, które bez przerw trwa do dziś (i potrwa jeszcze około miesiąca, jak wielebny zus pozwoli).
Od tego momenty codzienność stała się jeszcze bardziej codzienna. Monotonia następujących po sobie dni teoretycznie powinna sprawić, że czas płynie wolniej. Nie w tym przypadku. Czas zapieprza, jak wyścigówka, coraz szybciej zbliżając mnie do ściany, litej, do muru własnej bezradności, której zdążyłam się przez te kilka chorobowych miesięcy nabawić, wyuczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz