Bezrobocie doskwiera , bardzo. Swoją obezwładniającą, wszechogarniającą niemocą otula mnie (no prawie romantycznie wyszło). Tak mocno w tym tuleniu ściska, że tchu czasami brakuje, tlen nie dochodzi do mózgu, a ten nie produkuje żadnych pożytecznych, motywujących lub choćby pozytywnych myśli.
Na początku tej drogi, bezrobotnej drogi, byłam wściekła - na byłego pracodawcę, że tak a nie inaczej ze mną postąpił; na siebie byłam zła, że tak bardzo przejęłam się jego słowami i decyzją o zwolnieniu; na innych, najbliższych też się wściekałam..."o boże, co wy teraz zrobicie... jak wy sobie poradzicie...szukasz już pracy?..." - takie pytania i stwierdzenia to tylko część z uskutecznianych nad naszymi głowami litanii.
Z wściekłości szybko przeszłam w fazę optymizmu. Będzie dobrze - myślałam. Widocznie tak miało być. I tak chciałam zmienić pracę, odejść z tej toksycznej firmy. Szybko znajdę sobie coś nowego, gdzie mnie docenią za moje zaangażowanie, chęci i umiejętności. Ten okres też nie trwał długo... Po sprawdzeniu kilku informacji, jednej wizycie lekarskiej i morzu wylanych łez na krześle u psychiatry (szczerych łez, choć uspokajam, jednostka chorobowa niegroźna dla otoczenia) zaczęłam zwolnienie chorobowe, które bez przerw trwa do dziś (i potrwa jeszcze około miesiąca, jak wielebny zus pozwoli).
Od tego momenty codzienność stała się jeszcze bardziej codzienna. Monotonia następujących po sobie dni teoretycznie powinna sprawić, że czas płynie wolniej. Nie w tym przypadku. Czas zapieprza, jak wyścigówka, coraz szybciej zbliżając mnie do ściany, litej, do muru własnej bezradności, której zdążyłam się przez te kilka chorobowych miesięcy nabawić, wyuczyć.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
poniedziałek, 22 lutego 2016
Czarno na czarnym
Bardzo chcę pisać. Bardzo, najbardziej chyba ze wszystkiego chcenia. W głowie przez cały dzień kotłują mi się miliony myśli, nie wszystkie wprawdzie rejestruję, ale niektóre wydają mi się na tyle ważne, że wieczorem planuję przeobrazić je w tekst. I na planowaniu się kończy, bo wieczorem właśnie opadam ze wszystkich sił, z całej chęci, motywacji i z wszystkich słów jakie przez kilkanaście godzin w głowie nazbierałam. To zresztą nie tylko kwestia wieczoru. Próbowałam już siadać do pisania w ciągu dnia, w wolnej chwili. Nic z tego. Jakaś wredna wstrętna blokada nie pozwala mi na przeniesienie wymyślonych już wcześniej, widzianych oczyma wyobraźni zdań przez klawiaturę na ekran komputera. Jakiś chochlik w mojej głowie kpi sobie z mojego wyobrażenia o sobie samej, zdeptuje zapał, ten żywy zapał do działania, do pisania, do tworzenia. Przy okazji zahacza o wiarę w siebie, czyli we mnie, o poczucie mojej wartości... te już dawno przegryzł, przeżuł, wypluł i zdeptując zakopał brudną stopą gdzieś głęboko i daleko. I tak z dnia na dzień od wielu miesięcy chcę, ale coś mi nie pozwala. Tak, wiem, sama sobie nie pozwalam. Na tyle jestem świadoma siebie, że wiem, że tylko i wyłącznie ja sama mogę pokonać w sobie siebie słabą, podatną na krytykę, na słowa, na zniechęcające spojrzenia i gesty. I tylko niechże mi ktoś wskaże, skąd wziąć siłę, która da mi kopa, tej słabej mnie, żeby kopnąć ta jeszcze słabszą mnie?
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.
Musiałam się wyżalić, wypisać, wyzewnętrznić. Nieskładnie. Nie przeczyta tego nikt oprócz robota wujka google, więc o styl i wydźwięk, ewidentnie pesymistyczny, się nie martwię. A bycie optymistą, takim cool motwatorem dla siebie innych jest na czasie. Modnie jest być silnym, fit, sexy i zajebistym, a ci słabi, smutni, grubi i nieładni, którzy pogrzebali wiarę w siebie pod górą kompleksów niech cicho siedzą i podziwiają tych, kim chcieliby być. Tylko nie mają siły, nawet na to, żeby tej siły gdzieś poszukać, poprosić o nią, wyżebrać.
czwartek, 10 września 2015
Trudne powroty
To, co powstrzymuje (powstrzymywało mam nadzieję) od pisania tu, to lęk przed napisaniem bzdur, albo czegoś nieciekawego. Lęk przed tym, że komuś moje pisanie może się nie spodobać. Że wytknięte zostaną mi błędy stylistyczne, brak polotu, nieciekawość, wtórność, nie daj Boże próby podrabiania cudzych tekstów (inspiracje bywają zgubne). Czas, jego brak, jest najmniejszą przeszkodą - jestem zdania, że przy dobrej organizacji da się naprawdę wiele ogarnąć.
Nie ma jednak dnia abym nie wracała myślami do chęci pisania, do chęci opisywania codzienności, wyrażania swojego zdania na różne tematy. Wielokrotnie w ciągu dnia zapoznaję się z opiniami innych na temat metod wychowania dzieci, najnowszych trendów modowych czy odkryć żywieniowych i kulinarnych, a sama gubię przy tym nawale różnych zdań własne, osobiste, nie podkręcone aferką w sieci czy burzliwą dyskusją pod którymś z postów moich ulubionych blogerów.
Czas więc wyjść z cienia, narzuconego sobie samej. Nikt nie ogranicza nas tak bardzo jak my sami... niestety jestem tego niechlubnym przykładem. Czy to się jednak komuś spodoba czy nie, a zakładam, że niewiele osób (tylko ja?!) będzie tu zaglądać - nie szkodzi, za kilka(naście) lat dobrze będzie wrócić do opisu czasów gdy chłopcy lubili się przytulać, Kris nie mógł zasnąć bez mamy lub taty, Wojciech broił z miną anioła, a błahe problemy urastały do rangi katastrofy.
A jaka jest ta moja/nasza codzienność? Kris lat 5 z dużym hakiem, zerówkowicz z mocno obniżoną odpornością, która co kilka dni, czasem tygodni, przypomina jak niewiele trzeba aby niewinna chrypka przerodziła się w zapalenie krtani i co najmniej tydzień wagarów od przedszkola. Wojciech lat 1 z małym hakiem, początkujący użytkownik dolnych kończyn w pozycji pionowej, za jego anielskim uśmiechem i błękitnym spojrzeniem kryją się nieskończone pokłady pomysłów na uprzykrzenie matce dnia. Tata... to tata. Mama... to ja. Raczej wycofana (nad czym pracuję), dość nieśmiała (również), ciągle niewyspana (skutecznie pracują na to chłopcy), z nieustającym brakiem czasu na ukochane książki i pisanie (też do poprawki, czasu mamy wszyscy tyle samo, kluczowe jest nim gospodarowanie).
Za kilka tygodni wielkie zmiany - po długim rocznym urlopie macierzyńskim wracam do pracy, która kiedyś dawała mi tyle samo satysfakcji co frustracji, z nadzieją, że nie będzie gorzej.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Dotknięcie
Kiedyś przeczytałam, że kobieta żyje wspomnieniami, a mężczyzna ...
czymś tam innym, już nie pamiętam czym (ale z pewnością bez zabarwienia
romantycznego).
I codziennie utwierdzam się w tym smutnym przekonaniu, że tak właśnie jest. Wspomnienia wracają każdego dnia, niezależnie od tego, czy chcę, czy nie, w chwili nieuwagi mydlą mi spojrzenie i powodują, że powieki stają się tonę cięższe, a piękna rzeczywistość milion tonów szarsza i nieprzyjazna. Dlatego nie lubię wspomnień, bo zaburzają poczucie bycia w teraźniejszości, przeszkadzają w cieszeniu się nią. Pracuję bardzo nad panowaniem nad nawrotami wspomnień, ale chwile słabości są paradoksalnie silniejsze od najsilniejszej mojej woli. A jeśli dodatkowo pojawi się jakiś bodziec, coś co dotrze nie tylko do wyobraźni, ale i to uszu czy oczu... mogiła, jak to mówiła kiedyś młodzież (dziś takich ładnych określeń już nikt nie używa).
Dzisiejsze popołudnie to takie unaocznione wspomnienia tego, co nigdy się nie zdarzyło, co nigdy nie było moim udziałem, a kiedyś myślałam, że powinno. Dziś już tak nie myślę.
Synek otrzymał dziś w niezamierzonym prezencie ode mnie garnitur prezesa, wygląda bosko, jak to mój Synek :) A mąż uzewnętrznił się w mini ogródku przed brzydkim domem naszym. Może jeszcze trochę i odważę się wklejać tu zdjęcia.
Brzuch dziś kłuje mnie od popołudnia, niepokojąco.
Rekolekcje, których uczestnikiem bywałam od niedzieli, uważam za spowiedzią zakończone. Jutro odpuszczam. Jutro pracuję. Taki jest plan.
Tym razem niewiele wniosły w moją samoświadomość jako katolika. Dostawca nie ten, może odbiornik nie na te fale nastawiony co trzeba, nie umiem określić.
Niedługo Wielkanoc, nie odczuwam jeszcze.
I codziennie utwierdzam się w tym smutnym przekonaniu, że tak właśnie jest. Wspomnienia wracają każdego dnia, niezależnie od tego, czy chcę, czy nie, w chwili nieuwagi mydlą mi spojrzenie i powodują, że powieki stają się tonę cięższe, a piękna rzeczywistość milion tonów szarsza i nieprzyjazna. Dlatego nie lubię wspomnień, bo zaburzają poczucie bycia w teraźniejszości, przeszkadzają w cieszeniu się nią. Pracuję bardzo nad panowaniem nad nawrotami wspomnień, ale chwile słabości są paradoksalnie silniejsze od najsilniejszej mojej woli. A jeśli dodatkowo pojawi się jakiś bodziec, coś co dotrze nie tylko do wyobraźni, ale i to uszu czy oczu... mogiła, jak to mówiła kiedyś młodzież (dziś takich ładnych określeń już nikt nie używa).
Dzisiejsze popołudnie to takie unaocznione wspomnienia tego, co nigdy się nie zdarzyło, co nigdy nie było moim udziałem, a kiedyś myślałam, że powinno. Dziś już tak nie myślę.
Synek otrzymał dziś w niezamierzonym prezencie ode mnie garnitur prezesa, wygląda bosko, jak to mój Synek :) A mąż uzewnętrznił się w mini ogródku przed brzydkim domem naszym. Może jeszcze trochę i odważę się wklejać tu zdjęcia.
Brzuch dziś kłuje mnie od popołudnia, niepokojąco.
Rekolekcje, których uczestnikiem bywałam od niedzieli, uważam za spowiedzią zakończone. Jutro odpuszczam. Jutro pracuję. Taki jest plan.
Tym razem niewiele wniosły w moją samoświadomość jako katolika. Dostawca nie ten, może odbiornik nie na te fale nastawiony co trzeba, nie umiem określić.
Niedługo Wielkanoc, nie odczuwam jeszcze.
wtorek, 25 marca 2014
Miłość
Synek to istota nadal nas zaskakująca i nie zamierza przestawać. Wczoraj
wysiadając z tatą z samochodu upuściła zabawkę. Tata oczywiście schylił
się po nią i Synkowi podał. Na to Synek powiedział:
- dziękuje ci tatusiu, że podałeś mi zabawkę. Kocham Cię. Do tej pory kochałem mamę bardziej ale teraz kocham cię tak samo już, bo jesteś taki dobry i podałeś mi zabawkę.
Jak niewiele wystarczy aby dziecko kochało nas najbardziej jak umie. A jak wielu tego nie docenia.
Widzę i czytam niemal codziennie historie dzieci porzuconych, opuszczonych, niechcianych, zaniedbywanych, bitych, poniewieranych, nieszanowanych.... I przy każdej mam łzy w oczach, często na policzkach.
Dzieci to największy nas wszystkich skarb, najcenniejszy, o który dbać powinno się bardziej niż o siebie samych. A to właśnie dzieci cierpią najbardziej z powodu i przez dorosłych.
- dziękuje ci tatusiu, że podałeś mi zabawkę. Kocham Cię. Do tej pory kochałem mamę bardziej ale teraz kocham cię tak samo już, bo jesteś taki dobry i podałeś mi zabawkę.
Jak niewiele wystarczy aby dziecko kochało nas najbardziej jak umie. A jak wielu tego nie docenia.
Widzę i czytam niemal codziennie historie dzieci porzuconych, opuszczonych, niechcianych, zaniedbywanych, bitych, poniewieranych, nieszanowanych.... I przy każdej mam łzy w oczach, często na policzkach.
Dzieci to największy nas wszystkich skarb, najcenniejszy, o który dbać powinno się bardziej niż o siebie samych. A to właśnie dzieci cierpią najbardziej z powodu i przez dorosłych.
piątek, 21 marca 2014
Zranione uczucia
Dziecko to człowiek, z wszystkimi jego cechami. Mam tego pełna
świadomość, taką pełna, że przepełniona czasami, a i tak nie udaje mi
się uniknąć wpadek pt. syndrom zmęczonego rodzica.
Synek jest wrażliwy, jak ja, nie jak tata. Przynajmniej na razie, pewnie Mu się odmieni.
Przedwczoraj w kryzysie środka tygodnia straciłam cierpliwość i powtarzając upomnienie po raz któryś z wielu dziesiątek użyłam tonu ostrzejszego niż standardowo. Czteroletni człowiek natychmiast stanął na równe nogi mocno urażony i wyraźnie zasmucony i poważnym tonem poinformował:
- Zraniłaś moje uczucia - i buzia w podkowę. I mnie rozbroił. Matkę rodzoną. I do tego kolejne uzasadnione wyrzuty sumienia obudził. Ma moc w tej swojej młodej głowie.
Synek jest wrażliwy, jak ja, nie jak tata. Przynajmniej na razie, pewnie Mu się odmieni.
Przedwczoraj w kryzysie środka tygodnia straciłam cierpliwość i powtarzając upomnienie po raz któryś z wielu dziesiątek użyłam tonu ostrzejszego niż standardowo. Czteroletni człowiek natychmiast stanął na równe nogi mocno urażony i wyraźnie zasmucony i poważnym tonem poinformował:
- Zraniłaś moje uczucia - i buzia w podkowę. I mnie rozbroił. Matkę rodzoną. I do tego kolejne uzasadnione wyrzuty sumienia obudził. Ma moc w tej swojej młodej głowie.
wtorek, 18 marca 2014
Gratulacje
- Pogratulujesz mi mamuś? - zapytał Synek o 5:30 rześko wyskakując ze
SWOJEGO łóżka w SWOIM pokoju i dziarsko przechodząc do łóżka rodzicieli.
- No pewnie, gratulacje synku - jeszcze na pół senna doceniłam jego wyczyn w postaci całej przespanej nocy tak daleko od rodziców.
- No dzięki. Ale teraz mogę pospać trochę u was?
- Pewnie :)
Oczywiście już nie pospał. I ja też nie. Do ucha za to zanucił poranne eremefefem...
- No pewnie, gratulacje synku - jeszcze na pół senna doceniłam jego wyczyn w postaci całej przespanej nocy tak daleko od rodziców.
- No dzięki. Ale teraz mogę pospać trochę u was?
- Pewnie :)
Oczywiście już nie pospał. I ja też nie. Do ucha za to zanucił poranne eremefefem...
piątek, 14 lutego 2014
Pisowstręt
Może jednak bez przesady ze wstrętem, ale o wstręcie łatwiej mi pisać
niż o strachu. Boję się bać, nie lubię, nie odstając zapewne z tym
podejściem od większości ludzi. Ale tak bardzo unikam strachu, że wole
nazwać ostatnie półtora miesiąca wstrętem do pisania, mimo że nie do
końca tak właśnie było.
Podczytuję trochę blogi innych, zabawne, elokwentne, wesołe, ciekawe, o dzieciach i innych ludziach, o świecie. I moje przy tamtych pisanie wydawało mi się być takie...nijakie, niepotrzebne, bez wartości, że zaprzestałam chwilowo uwstręcając się do adresu bloga.
Dziś postanowiłam, że już czas najwyższy, aby jednak przeszedł mi ten egocentryczny stosunek do własnych nieumiejętności. I jak nie dla siebie chociaż, to w próżnię będę pisać, żeby za 20 lat przekazać adres synkowi jednemu i drugiemu, żeby archiwum własnego dorastania przeczytali, i przypomnieli sobie jak kiedyś stara matkę kochali.
Synek znowu chory, w tym roku po raz trzeci zapalenie krtani zostawiło Go na 10 dni w domu razem z tatusiem kochanym. Bo Synek ostatnio zmienił taktykę zupełnie dobrowolnie i zwraca się do nas per mamusiu i tatusiu, czasem dodając kochana i kochany. Świadomie czy nie rozlewa przy tym miód na moje serce i leczy wszystkie nocne drapnięcia i kopniaki (już niedługo przyjdzie czas na wyprowadzkę z łóżka rodziców, pewnie znowu wrócimy do mamo i tato).
Siedzenie w domu ewidentnie nudzi Synka, już nawet pójście spać o 21:00 jest nudne, bo spanie tez jest nudne, przecież wtedy nic się nie robi. Bajki są nudne, logo jest nudne, lekarz jest nudny. Tylko jedzenie , na które ostatnio nałożone ma obostrzenia nie jest nudne i udoskonalanie nowo zdobytych umiejętności grania w mario i na komórce tatusia nie jest nudne. A cała reszta bardzo jest.
W poniedziałek, ulubiony dzień, bo zabawki są dozwolone, maszeruje Synek do przedszkola i może nudzić się zaprzestanie. Liczę na co najmniej dwa tygodnie, żeby nie zapeszyć, na więcej. Chorowanie kiedyś w końcu przecież musi minąć...
Synek numer 2 rośnie, ma 13 tygodni i jakieś 3-4 dni. Wystawił się wczoraj Panu doktorowi na widok :)
Tata nie zapałał entuzjazmem... mama przeszczęśliwa. Oby był zdrowy przede wszystkim.
Nadal mnie kręci w brzuchu wieczorami, czasem w dzień, nie dając funkcjonować jak człowiekowi, a sam brzuch już rośnie i pęcznieje.
I dziś walentynki, i co z tego.
Podczytuję trochę blogi innych, zabawne, elokwentne, wesołe, ciekawe, o dzieciach i innych ludziach, o świecie. I moje przy tamtych pisanie wydawało mi się być takie...nijakie, niepotrzebne, bez wartości, że zaprzestałam chwilowo uwstręcając się do adresu bloga.
Dziś postanowiłam, że już czas najwyższy, aby jednak przeszedł mi ten egocentryczny stosunek do własnych nieumiejętności. I jak nie dla siebie chociaż, to w próżnię będę pisać, żeby za 20 lat przekazać adres synkowi jednemu i drugiemu, żeby archiwum własnego dorastania przeczytali, i przypomnieli sobie jak kiedyś stara matkę kochali.
Synek znowu chory, w tym roku po raz trzeci zapalenie krtani zostawiło Go na 10 dni w domu razem z tatusiem kochanym. Bo Synek ostatnio zmienił taktykę zupełnie dobrowolnie i zwraca się do nas per mamusiu i tatusiu, czasem dodając kochana i kochany. Świadomie czy nie rozlewa przy tym miód na moje serce i leczy wszystkie nocne drapnięcia i kopniaki (już niedługo przyjdzie czas na wyprowadzkę z łóżka rodziców, pewnie znowu wrócimy do mamo i tato).
Siedzenie w domu ewidentnie nudzi Synka, już nawet pójście spać o 21:00 jest nudne, bo spanie tez jest nudne, przecież wtedy nic się nie robi. Bajki są nudne, logo jest nudne, lekarz jest nudny. Tylko jedzenie , na które ostatnio nałożone ma obostrzenia nie jest nudne i udoskonalanie nowo zdobytych umiejętności grania w mario i na komórce tatusia nie jest nudne. A cała reszta bardzo jest.
W poniedziałek, ulubiony dzień, bo zabawki są dozwolone, maszeruje Synek do przedszkola i może nudzić się zaprzestanie. Liczę na co najmniej dwa tygodnie, żeby nie zapeszyć, na więcej. Chorowanie kiedyś w końcu przecież musi minąć...
Synek numer 2 rośnie, ma 13 tygodni i jakieś 3-4 dni. Wystawił się wczoraj Panu doktorowi na widok :)
Tata nie zapałał entuzjazmem... mama przeszczęśliwa. Oby był zdrowy przede wszystkim.
Nadal mnie kręci w brzuchu wieczorami, czasem w dzień, nie dając funkcjonować jak człowiekowi, a sam brzuch już rośnie i pęcznieje.
I dziś walentynki, i co z tego.
wtorek, 24 grudnia 2013
Tradycja
Święta nie nastrajają, Święta rozstrajają. Wybija się człowiek z rytmu
codziennych porannych kaw, sprawdzania poczty i odświeżania aktualnego
na godzinę 7:50 stanu świata. I wmanewrowuje się go w serniki, pierniki,
grzyby i inne śledzie, i puchnie za stołem bezbronny, otoczony
alkoholowymi oddechami współtowarzyszy niedoli. Ci to chociaż zaleją
bezradność etanolem. A abstynent to co? Biedny taki. Biedna taka...
widział ktoś kiedyś świątecznego abstynenta faceta?
Rozstrojona więc mieszam sałatki i godzę sie na nieuniknione.
Wesołych Świąt...
Rozstrojona więc mieszam sałatki i godzę sie na nieuniknione.
Wesołych Świąt...
wtorek, 17 grudnia 2013
Wroga ciąg dalszy stąpa. I nikomu nie można wierzyć.
Stąpa i uparcie nie chce ustąpić. Wredny kaszel się uczepił małego
bezbronnego (tylko wobec wrednego kaszlu) Synka i nie mija jak zawsze po
napakowaniu czterolatka sterydami, syropami, inhalacjami i nieustannie
powtarzanym "nie biegaj!".
Wróg stąpa w dzień, choć wyjątkowo łagodnie, w porównaniu do nocy, kiedy nie daje spać zarówno swojemu żywicielowi jak i postronnym obecnym w okolicy 20 metrów. Walczymy, ze ściśniętym niepokojem gardłem.
A fasol rośnie, za dwa dni się zwerbalizuje, wstępnie i oficjalnie.
Zaufanie staje się nawet niezbyt powoli cenniejsze niż dzień totalnie wolny od pracy, a nie doświadczyłam takiego od lat trzech z kawałkiem; albo od przespanej od początku do końca nocy, z którą nie miałam przyjemności od prawie lat czterech.
Nikomu nie można wierzyć, a najbardziej tym, którzy wmawiają Ci, że im można. Nawet trzeba, bo to najwyżsi. Najlepsi. I bez uchybień - tak się widzą i piszą, i czują, i taką krzewią naukę podległym.
Pamiętajcie - nikomu!
Chyba, że to Mąż.
Wróg stąpa w dzień, choć wyjątkowo łagodnie, w porównaniu do nocy, kiedy nie daje spać zarówno swojemu żywicielowi jak i postronnym obecnym w okolicy 20 metrów. Walczymy, ze ściśniętym niepokojem gardłem.
A fasol rośnie, za dwa dni się zwerbalizuje, wstępnie i oficjalnie.
Zaufanie staje się nawet niezbyt powoli cenniejsze niż dzień totalnie wolny od pracy, a nie doświadczyłam takiego od lat trzech z kawałkiem; albo od przespanej od początku do końca nocy, z którą nie miałam przyjemności od prawie lat czterech.
Nikomu nie można wierzyć, a najbardziej tym, którzy wmawiają Ci, że im można. Nawet trzeba, bo to najwyżsi. Najlepsi. I bez uchybień - tak się widzą i piszą, i czują, i taką krzewią naukę podległym.
Pamiętajcie - nikomu!
Chyba, że to Mąż.
Kogo porwie wiatr
Fasol rośnie, daje o sobie znać fundując mi nieustannego kaca jak po
mega imprezie. Jego prawo. Wróżą mi kolejnego mena, nic przeciw nie mam,
ale "byle było toto zdrowe i całe".
Wypada wspomnieć i o Świętach - najgrzeczniejszy bezsprzecznie okazał się najmłodszy - przewiduję kolejne korki w pokoiku Synka, mimo wypaśnego garażu i schowka na autka.
Dla mnie - najlżejsze tym razem - bo na sucharkach z dżemem truskawkowym i zdawkowych łykach barszczyku zagryzanym pierogiem z grzybem (głupia ja). Nadrobię za rok.
Tekst dnia:
- Tata, ciebie to wiatr nie porwie - rzekł Synek klepiąc tatusia po niedelikatnie wystającym brzuchu (póki co większym od mojego).
Tak obstrzygnięty na zapałka Synek podsumował rok tatusia swojego :)
Wypada wspomnieć i o Świętach - najgrzeczniejszy bezsprzecznie okazał się najmłodszy - przewiduję kolejne korki w pokoiku Synka, mimo wypaśnego garażu i schowka na autka.
Dla mnie - najlżejsze tym razem - bo na sucharkach z dżemem truskawkowym i zdawkowych łykach barszczyku zagryzanym pierogiem z grzybem (głupia ja). Nadrobię za rok.
Tekst dnia:
- Tata, ciebie to wiatr nie porwie - rzekł Synek klepiąc tatusia po niedelikatnie wystającym brzuchu (póki co większym od mojego).
Tak obstrzygnięty na zapałka Synek podsumował rok tatusia swojego :)
sobota, 14 grudnia 2013
Wróg numer 1. I plany na przyszłość.
Kaszel, niezapowiedziany, najpierw niewinny, mimochodem, przechodzący w
namolny i chwilami irytujący słuchaczy (kaszlący nie zauważa zmian
nasilenia, słuchacze są natomiast coraz bardziej przerażeni
nadchodzącymi następstwami).
W krótkim czasie z kaszlu wyłania się
okrutnik zwany zapaleniem i bezczelnie atakuje krtań kaszlącego
wywołując odgłos szczekającego psa, zmęczonego i wkurzonego. I poddusza
kaszlaka, blokuje oddech, a u słuchaczy wywołuje nieopisany strach przed
wiadomymi konsekwencjami. Mimo że teoretycznie wiadomych nie ma się co
bać - na pewno bedą nieprzespane noce, inhalacje sterydami, być może
nocna wizyta na pogotowiu gdy sterydy podane wziewnie nie pomogą ( a
często tak bywa), w ostateczności szpital - na 8 zapaleń w ciagu 8
miesięcy zdarzył się raz - Synek był wtedy najzdrowszym dzieckiem na
oddziale a spędził tam cztery razy więcej czasu niż powinien
poczęstowany infekcjami szpitalnymi w gratisie.
Zapalenie
jakby w kalendarzu zapisało sobie że raz w miesiącu będzie nam Synka
dręczyć swoją obecnością w Jego krtani. I dręczy nieprzerwanie od
miesięcy ośmiu.
Nie ma nic gorszego niż krzywda i cierpienie własnego dziecka, na które nie można nic poradzić. I to wie tylko rodzic.
Synek dziś zmęczony porannym atakiem kaszlu płaczliwym głosem zapytał:
- Mama, czemu ja ciągle choruje? Inne dzieci nie chorują tylko ja.
-
Bo Twoje gardełko jest jeszcze młode i nieodporne na zapalenia. Jak
będziesz większy to gardełko też urośnie i nie będziesz chorować.
- Mama, ja już chcę być dorosły.
Wieczorem natomiast pozornie lepiej mający się Synek odważnie snuł plany na przyszłość:
-
Mama, jak dorosnę to będę naprawiaczem, i policją, i wozem strażackim, i
karetkarzem, i kierowarzem ( to ten co uczy innych jeździć), i
traktorzystą, i jeszcze będę szambiarzem jak będę duży.
Dobrze że lista jest długa, być może nie ze wszystkim się wyrobi, ale ambicje ma niekłamane.
piątek, 13 grudnia 2013
Mam marzenie
Marzenia i ich treść okazują się być bardzo względne, jednak radość ze
spełnienia jakiegokolwiek zawsze jest podobna - największa na dana
chwilę.
- Mama! Spełniło się dziś moje marzenie największe - rzecze Synek cały uradowany.
- Jakie marzenie Synku? - patrzę wielkimi oczami na Niego (czyżby Mikołaj się pospieszył?)
- Tak bardzo marzyłem, żeby zagrać na trójkącie i pani mi dzisiaj pozwoliła i mama, grałem na trójkącie! - żwawo gestykulując wyraził swoją ogromną radość z faktu, że na rytmice pani pozwoliła Mu zagrać na trójkącie.
Pod nosem powiedziałam do siebie, że Synek był moim marzeniem. Uszy ma jeszcze młode i sprawne, usłyszał.
- Mama, ja byłem twoim marzeniem, że się urodziłem?
- Tak Synku, byłeś moim marzeniem.
- Widzisz mama, marzenia się spełniają! A tatuś też był Twoim marzeniem?
- :) Tak Synku...
- Mama! Spełniło się dziś moje marzenie największe - rzecze Synek cały uradowany.
- Jakie marzenie Synku? - patrzę wielkimi oczami na Niego (czyżby Mikołaj się pospieszył?)
- Tak bardzo marzyłem, żeby zagrać na trójkącie i pani mi dzisiaj pozwoliła i mama, grałem na trójkącie! - żwawo gestykulując wyraził swoją ogromną radość z faktu, że na rytmice pani pozwoliła Mu zagrać na trójkącie.
Pod nosem powiedziałam do siebie, że Synek był moim marzeniem. Uszy ma jeszcze młode i sprawne, usłyszał.
- Mama, ja byłem twoim marzeniem, że się urodziłem?
- Tak Synku, byłeś moim marzeniem.
- Widzisz mama, marzenia się spełniają! A tatuś też był Twoim marzeniem?
- :) Tak Synku...
czwartek, 12 grudnia 2013
Czteroletnia prawie troska
Rozmawiam z mężem.
ja: Powiemy dopiero jak pójdę do lekarza.
mąż: Ok.
Synek: Mama, idziesz do doktora?
j: Tak, Synku.
S: To powiedz mi później co Ci dolega, jak pan doktor cię obada.
j: Dobrze, Synku.
Najszczersza troska na świecie.
ja: Powiemy dopiero jak pójdę do lekarza.
mąż: Ok.
Synek: Mama, idziesz do doktora?
j: Tak, Synku.
S: To powiedz mi później co Ci dolega, jak pan doktor cię obada.
j: Dobrze, Synku.
Najszczersza troska na świecie.
wtorek, 10 grudnia 2013
Zasypianie jest trudne...
... Do takiego na głos wypowiedzianego wniosku doszedł Synek po niemal 2
godzinach nocnych kreciołków łóżkowych między godziną 3 a 5. W nocy.
Tej
nocy, w tym momencie, obolała, odrapana, okopana i wygięta, doskonale
wiedziałam co ma na myśli. Mieliśmy ten sam kłopot, tyle że z przyczyn
dość rożnych - On po prostu nie mógł zasnąć, a mi nie pozwalano.
Słaba to była noc, z przełożeniem wprost proporcjonalnym na równie słaby dzień.
Czas
więc z nadzieją na lepsze jutro (i lepszą nockę) o północy jak zwykle
przyrzec sobie, że jutro kładę się wcześniej. Taki luksus założeń :)
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Duma
Rozpiera mnie duma. Codziennie, co chwilę. Jak tylko Synka widzę,
słyszę, napisałabym, że jak nawet czuję, ale to już przesada...
Duma, że tworzę, no, współtworzę taki mały a cały mój i Jego świat. I że mam na to pozwolenie i współtwórców. I że widzę, kiedy coś nie tak jak powinnam robię, i że umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Świadomość siebie rozpiera mnie dumą. Choć czasem mam ochotę walnąć sobie w gębę, z tej świadomości.
A wtedy Synek przychodzi i na moje przepraszam mówi "Wybaczam ci mamusiu, nic nie szkodzi".
Duma, że tworzę, no, współtworzę taki mały a cały mój i Jego świat. I że mam na to pozwolenie i współtwórców. I że widzę, kiedy coś nie tak jak powinnam robię, i że umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Świadomość siebie rozpiera mnie dumą. Choć czasem mam ochotę walnąć sobie w gębę, z tej świadomości.
A wtedy Synek przychodzi i na moje przepraszam mówi "Wybaczam ci mamusiu, nic nie szkodzi".
Dogadać się z Synkiem
Z prawie czterolatkiem naprawdę można się dogadać. Jest wyrozumiały,
pojętny, usłuchany - choć teoretycznie nie ma wyjścia innego niż słuchać
matki jaka by ona nie była ( a nie jest taka znowu zła). Ale gdy matka
słucha czterolatka prawie to i ten z przyjemnością matki słucha. I to
widać, w każdej naszej wspólnej godzinie chwil spędzanych razem.
Słuchanie to tylko słowo, jak klucz, który otwiera następne drzwi -
zrozumienie, empatię, tolerancję i tak bardzo spychany na margines przez
wielu szacunek do parolatka, który nie zna nawet znaczenia tych pojęć
(i nie różni się przy tym od wielu prawie czterdziestolatków).
W
temacie tym - poszanowania małych ludzi - mogę pisać elaboraty. I kiedyś
napisze, jak będę sama i będę miała wystarczająco dużo czasu żeby
popłakać sobie w spokoju.
wtorek, 26 listopada 2013
Tytułem wstępu
Będzie nie zawsze zrozumiale i czasem z błędami. Człowiekiem jestem jedynie, więc mogę, jak definicja wskazuje, błędy popełniać i naukę z nich wyciągać. Teoretycznie.
Wniosek na dziś - nauka nigdy nie wyprzedza błędu, bezlitośnie i bez skrupułów konsumując nasze własnoręcznie wyhodowane rozczarowania.
Od lat karmię więc dedykowaną specjalnie dla mnie naukę, niedługo tak spuchnie, że pęknie, na pewno nie z dumy. Może jeśli podzielę się nieco tym, co między minione a uporczywie niezapomniane PRZEDTEM, a niewydarzone i niewyobrażalne za sto lat POTEM, to... nie wiem.
Ale chcę i muszę. I wystarczy, że trafię do jednego, dwóch światów, tych szczególnych. Oba są odległe od tego mojego o świetlne galaktyki. Więc będzie ciężko.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Synek po raz pierwszy.
Jest Synek, w kwiecie wieku - lat 4 skończy za 2 miesiące.
Absolutnie mądry, elokwentny, piękny i najlepszy, jak każdy Synek.
O Synku będzie wiele, bo to chodząca Skarbnica natchnień.
Wczoraj w przedszkolu z okazji andrzejek (tak, andrzejki moi drodzy obchodzi się teraz niemal od urodzenia) dzieci wraz z Paniami odwiedziły muzeum. Dość osobliwie, ale pochwalam - chociaż krzewienie kulturalnego obchodzenia tego typu "okazji" z pewnością nie stanie się nawykiem, gdy Synek nieco podrośnie.
Muzeum dziećmi zajęło się również osobliwie, bo andrzejkowo - na pewno były wróżby (i z pewnością inne zabobonne atrakcje, o których póki co Synek uparcie milczy twierdząc, że nie pamięta). O wróżbach też nie pamiętał, dopóki nie olśniło Go krótko przed kąpielą, między celowanie ubraniami do kosza na pranie z pewnej odległości a wskoczeniem z rozpluskiem do wanny.
- Mama, ja będę fryzjerem - oznajmił patrząc mi głęboko w oczy.
Zatkało mnie chwilowo, bo do tej pory nie odstępował od tezy zostania traktorzystą (przy poważnym rozpatrywaniu opcji sprzedawcy w salonie z traktorami - idąc za delikatną sugestią rodzicielską), karetkarzem, strażakiem. A tu naraz fryzjerem.
- A dlaczego tak uważasz?
- Bo wylosowałem grzebień.
I masz, pogańskie obrzędy w muzeum przesądziły o przyszłości Synka.
- I będziesz mnie czesał, układał mi różne piękne fryzury?
- Mama, jak ja będę duży to ty będziesz tam - i wskazując paluszkiem, głową i wzrokiem na sufit dokończył - w niebie.
Uuuu, powiało grozą, Mam nadzieję, że tego w muzeum nie wywróżyli.
Nonszalanckie stwierdzenie o mojej rychłej śmierci zbyłam nawet naturalnym śmiechem.
- A jakim będziesz fryzjerem? Męskim czy damskim?
- Takim męskim i kobietowym, dla wszystkich.
Fryzjer też zawód, niektórzy są sławni, zarabiają krocie, są szanowanie i podziwiani. Synek, jeśli będzie, to na pewno jednym z nich! :)
Kąpiel dobiegała już końca gdy z czeluści wanny doszły mnie odgłosy intensywnego plucia. Nie nurkował, więc to nie woda i nie mój wszędobylski włos prosto z głowy zaplatany między małe zęby. Zaniepokojona podeszła do siedzącego tyłem Synka (więc robił coś czego nie powinien) i nadal plującego zastałam Go z gumowym, wypełnionym małymi kuleczkami dinozaurem w dłoni. Dino miał nowy znak szczególny - przegryziony wyżej wymienionymi małymi zębami ogon - stąd też dowiedziałam się, czym jest wypełniony. A Synek dalej pluł.
- Kuleczki wpadły Ci do buzi?
- Taak - powiedział patrząc na mnie oczami biednego kotka.
- A połknąłeś jakieś?
- Nie... chyba.
- To dobrze.
- Czemu?
- Bo te kuleczki są trujące, nie wolno ich brać do buzi ani połykać.
Ups.
- Nie połknąłem ich, tak myślę.
I widziałam jak strach rośnie w Jego oczach z sekundy na sekundę.
- Nie połknąłem...
- Na pewno nie połknąłeś. Będziemy Cię obserwować. Czy boli Cię brzuszek.
- Nie boli - i złapał się za brzuszek tak jakby go bolał.
- Jak będzie Cię bolał to pojedziemy do pana doktora...
- I jak, czym będzie mi wyciągał te kuleczki? - już bał się na całego.
- Nie wiem Synku, ale na pewno nie będzie musiał. Idziemy myć zęby - zdecydowałam aby trochę odciągnąć już przestraszonego Synka od trujących kuleczek, bo już widziałam, jak w Jego umyśle tworzy się ból brzucha.
- Może zaplątały mi się w ząbki te kulki, to je wymyjemy.
O kulkach i strachu zapomniał jeszcze przed wieczornym czytaniem.
Absolutnie mądry, elokwentny, piękny i najlepszy, jak każdy Synek.
O Synku będzie wiele, bo to chodząca Skarbnica natchnień.
Wczoraj w przedszkolu z okazji andrzejek (tak, andrzejki moi drodzy obchodzi się teraz niemal od urodzenia) dzieci wraz z Paniami odwiedziły muzeum. Dość osobliwie, ale pochwalam - chociaż krzewienie kulturalnego obchodzenia tego typu "okazji" z pewnością nie stanie się nawykiem, gdy Synek nieco podrośnie.
Muzeum dziećmi zajęło się również osobliwie, bo andrzejkowo - na pewno były wróżby (i z pewnością inne zabobonne atrakcje, o których póki co Synek uparcie milczy twierdząc, że nie pamięta). O wróżbach też nie pamiętał, dopóki nie olśniło Go krótko przed kąpielą, między celowanie ubraniami do kosza na pranie z pewnej odległości a wskoczeniem z rozpluskiem do wanny.
- Mama, ja będę fryzjerem - oznajmił patrząc mi głęboko w oczy.
Zatkało mnie chwilowo, bo do tej pory nie odstępował od tezy zostania traktorzystą (przy poważnym rozpatrywaniu opcji sprzedawcy w salonie z traktorami - idąc za delikatną sugestią rodzicielską), karetkarzem, strażakiem. A tu naraz fryzjerem.
- A dlaczego tak uważasz?
- Bo wylosowałem grzebień.
I masz, pogańskie obrzędy w muzeum przesądziły o przyszłości Synka.
- I będziesz mnie czesał, układał mi różne piękne fryzury?
- Mama, jak ja będę duży to ty będziesz tam - i wskazując paluszkiem, głową i wzrokiem na sufit dokończył - w niebie.
Uuuu, powiało grozą, Mam nadzieję, że tego w muzeum nie wywróżyli.
Nonszalanckie stwierdzenie o mojej rychłej śmierci zbyłam nawet naturalnym śmiechem.
- A jakim będziesz fryzjerem? Męskim czy damskim?
- Takim męskim i kobietowym, dla wszystkich.
Fryzjer też zawód, niektórzy są sławni, zarabiają krocie, są szanowanie i podziwiani. Synek, jeśli będzie, to na pewno jednym z nich! :)
Kąpiel dobiegała już końca gdy z czeluści wanny doszły mnie odgłosy intensywnego plucia. Nie nurkował, więc to nie woda i nie mój wszędobylski włos prosto z głowy zaplatany między małe zęby. Zaniepokojona podeszła do siedzącego tyłem Synka (więc robił coś czego nie powinien) i nadal plującego zastałam Go z gumowym, wypełnionym małymi kuleczkami dinozaurem w dłoni. Dino miał nowy znak szczególny - przegryziony wyżej wymienionymi małymi zębami ogon - stąd też dowiedziałam się, czym jest wypełniony. A Synek dalej pluł.
- Kuleczki wpadły Ci do buzi?
- Taak - powiedział patrząc na mnie oczami biednego kotka.
- A połknąłeś jakieś?
- Nie... chyba.
- To dobrze.
- Czemu?
- Bo te kuleczki są trujące, nie wolno ich brać do buzi ani połykać.
Ups.
- Nie połknąłem ich, tak myślę.
I widziałam jak strach rośnie w Jego oczach z sekundy na sekundę.
- Nie połknąłem...
- Na pewno nie połknąłeś. Będziemy Cię obserwować. Czy boli Cię brzuszek.
- Nie boli - i złapał się za brzuszek tak jakby go bolał.
- Jak będzie Cię bolał to pojedziemy do pana doktora...
- I jak, czym będzie mi wyciągał te kuleczki? - już bał się na całego.
- Nie wiem Synku, ale na pewno nie będzie musiał. Idziemy myć zęby - zdecydowałam aby trochę odciągnąć już przestraszonego Synka od trujących kuleczek, bo już widziałam, jak w Jego umyśle tworzy się ból brzucha.
- Może zaplątały mi się w ząbki te kulki, to je wymyjemy.
O kulkach i strachu zapomniał jeszcze przed wieczornym czytaniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)